Ana­bis 3          

ANABIS

   16 Wrze­śnia 2010

„Polacy nie gęsi”

Mikołaj Rey napi­sał on­giś:

„A nie­chaj na­ro­do­wie wżdy po­stronni znają, iż Po­lacy nie gęsi, iż swój język mają”

co wielu wielce po­tem za­dzi­wiło:

„Co też ten Rey po­wypi­sy­wał? Prze­cież wia­domo, że gęsi to nie ryby i ję­zyk mają!”

Mędrko­wano, mę­dr­ko­wano aż wreszcie wy­my­ślono i obec­nie w Wi­ki­pedii znaj­duje się taka kwint­esen­cja tych wymy­słów:

„W po­słaniu tym au­tor, zgod­nie z ide­ałami Re­for­ma­cji, daje do zro­zu­mie­nia, że Po­lacy mają nie ję­zyk gęsi (ła­cinę, na­zy­waną tak od brzmie­nia jej wy­mowy, od gę­sich piór uży­wa­nych ów­cze­ś­nie do pi­sania, a w kon­tek­ście le­gendy o gę­siach, które obro­niły Rzym) lecz swój wła­sny, pol­ski i tym sa­mym de­kla­ruje kultu­rową i poli­tyczną nie­za­leż­ność Rze­czy­po­spoli­tej od pa­pie­skie­go Rzymu

Wprawdzie Rey przy­stąpił do Re­forma­cji, jednak przypi­sy­wa­nie mu aż tak po­li­tycz­nego wy­dźwię­­ku tych słów jest nie­zmier­nie wy­du­maną prze­sadą, a 3 do­dat­kowe ar­gu­menty są wydu­mane wręcz śmiesz­nie:

1) brzmienie łaciny w ni­czym nie przy­po­mina gę­ga­nia (już prę­dzej można by to napi­sać o fran­cuz­czyź­nie) i nie można zna­leźć by ktoś w epoce Re­ne­sansu tak ła­cinę okre­ślał

2) gęsie pióra? - a co to ma wspól­nego z ich „języ­kiem”, poza tym że doty­czy gęsi

3) gęsi które oca­liły Rzym? – jesz­cze go­rzej.

Niektórzy brną w kom­pletny idio­tyzm:

„Mó­wiąc „gęsi ję­zyk” Rej miał na my­śli ję­zyk tych wszyst­kich, któ­rzy ule­gali wpły­wom cu­dzo­ziem­skim, któ­rzy mó­wili i pi­sali żar­go­nem, któ­rzy gę­gali, czyli beł­ko­tali. Nie­wy­klu­czone, że wprost na­zywał „gę­sim ję­zy­kiem” ła­cinę (sfery wy­kształ­cone po­sługi­wały się nią wtedy po­wszech­nie w do­ku­men­tach pi­sa­nych)”

Jak można przypu­ścić, że Rey uwa­żał ła­cinę za „żar­gon” i „beł­kot” !!!???

A przecież jest wyja­śnie­nie cał­kiem pro­ste:

Że gęsi mają język ana­to­miczny jest oczywi­ste, więc Rey mógł mieć na my­śli tylko ję­zyk praw­dziwy (mo­wę) – taki ja­kim po­słu­gują się lu­dzie. Po­lacy nie są gę­śmi, bo TAKI język mają - tyle tylko że jesz­cze (w cza­sach Reya) bar­dzo rzadko posłu­gują nim się w pi­śmie.

A że prze­ciw­stawił Pola­ków gę­siom?... rów­nie do­brze mógłby napi­sać „Polacy nie kaczki”, ale  być mo­że aku­rat gę­ga­nie za oknem prze­szka­dzało mu w pi­sa­niu (nb gę­ga­nie jest bardziej iry­tu­jące niż kwa­kanie).

Że nie na­pi­sał przy­miotni­kowo (np „Po­lacy mają nie gęsi ję­zyk, lecz swój wła­sny”)?... Tak jak napi­sał też jest do­brze! no i wcho­dził w grę zwy­kły kło­pot po­ety, aby li­nijka miała tyle sy­lab ile trzeba, w tym przy­padku 13.

Cała ta hi­sto­ria przy­po­mina słynne Mic­kie­wi­czow­skie 44, o któ­rym też spło­dzono wiele do­cie­kań i do­my­słów, mimo iż po­dobno sam Mic­kie­wicz wy­ja­śnił Se­we­ry­nowi Gosz­czyń­skie­mu, że wsta­wił 44 ot tak so­bie. A niby co miał wsta­wić?... rym jest, brzmi to do­brze i ta­jem­ni­czo, do at­mos­fery „Dzia­dów” pa­suje – chyba wy­star­czy.

 

ANABIS

18 Wrze­śnia 2010

Ciągi dal­sze

Mark Twain dorobił kie­dyś ciągi dalsze do dwóch umo­ral­niają­cych anegdot, ale – za­pewne przez prze­oczenie bądź znu­dze­nie – nie dorobił cią­gów dal­szych do tak zna­nych przypo­wie­ści jak dwie poniższe:

Przypowieść o ro­botni­kach w win­nicy

Gospodarz wy­szedł rano na ry­nek, by wy­na­jąć robot­nikó­w za 100 zł dniówki. A że pracy w winnicy by­ło dużo, wy­cho­dził jesz­cze czte­rokrot­nie – nawet go­dzinę przed zmierzchem – i najmo­wał tych co sta­li na rynku bez­czyn­nie: „Idź­cie praco­wać w mojej win­nicy, a co będzie słuszne, wie­czo­rem wam za­płacę” A kiedy nad­szedł wie­czór dał po 100 zł każ­demu. Ci co pra­cowali od rana obu­rzyli się, na co rzekł im: „Nie czy­nię wam krzywdy. Przecież umówili­ście się ze mną na 100 zł. Weź­cie co wa­sze i idź­cie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Po­zwólcie mi być do­brym”

Ciąg dalszy:

Drugiego dnia rano go­spo­darz zastał na rynku tylko  trzech chęt­nych do pracy. Wy­chodził jesz­cze trzy razy, ale za­stawał nie­wielu wię­cej. Dopiero pod wieczór zna­lazł do­sta­teczną ilość. Kiedy wypła­cił każdemu po 100 zł, nie było tym ra­zem żad­nego szem­ra­nia, po­nie­waż ro­bot­nicy wy­najęci wcze­śniej zo­stali już dys­kret­nie po­uczeni przez wczo­raj­szych (i za­pro­szeni przez nich na nocną po­pi­jawę). Niemniej w win­nicy nie zostało wy­ko­nane to co nale­żało tego dnia wy­konać.

Trzeciego dnia gospo­darz do­piero pod wie­czór zna­lazł chęt­nych do pracy – tym ra­zem bar­dzo wielu. Przez go­dzinę nie zdołali wy­ko­nać ani piątej czę­ści ko­niecznej na ten dzień pracy, zwłasz­cza że w na­tłoku przeszka­dzali sobie wzajem­nie. Każdy do­stał 100 zł – i wszyscy ra­zem zdrowo pili do nocy za zdro­wie go­spo­darza. Czwartego dnia...

Przypowieść o synu mar­no­traw­nym
Gospodarz miał trzech synów. Naj­młod­szemu znu­dziła się praca u ojca – zażądał swojej czę­ści ma­jąt­ku, po­szedł w świat i roz­trwonił wszystko na hu­lanki i la­dacz­nice. A nie mogąc nig­dzie zna­leźć pra­cy, wrócił skru­szony do domu. Ojciec nie czy­nił mu żad­nych wy­rzu­tów – przyjął go do domu, obda­ro­wał so­wi­cie i wydał ucztę z oka­zji jego po­wrotu. Starsi sy­nowie się wzbu­rzyłi: „Nigdy nas tak nie ob­da­ro­wa­łeś ani nie wy­pra­wiłeś nam uczty". Lecz on im od­po­wie­dział: „Wię­cej ra­duję się serce moje ze skru­chy syna marno­traw­nego niż z dwóch synów któ­rzy żyli spra­wie­dli­wie”

Ciąg dalszy:

Następnego dnia średni syn za­żądał swojej czę­ści ma­jątku. Otrzymaw­szy ją, znik­nął na rok i przepu­ścił wszystko na hu­lanki i la­dacz­nice (zasię­gnąw­szy przed­tem po­rady najmłod­szego, gdzie i jak czynić to naj­przy­jem­niej). Kiedy wrócił z (udaną) skru­chą do domu, oj­ciec nie drę­czył go wy­mówkami, lecz ob­da­ro­wał i wy­prawił ucztę – skromniej wpraw­dzie, bo ma­jątek był uszczu­plony, a naj­młodszy przy­zwy­czaił się do le­ni­stwa. Kiedy najstarszy syn pro­te­stował, oj­ciec rzekł: „Skoro ze skru­chy naj­młod­szego się rado­wa­łem, to czyż mam nie rado­wać się ze skru­chy śred­niego”

Następnego dnia naj­star­szy syn za­żą­dał swojej czę­ści ma­jątku, a otrzy­maw­szy ją zro­bił to co bra­cia młodsi. Kiedy po roku wró­cił, urado­wany ojciec dał mu stare buty i wyto­czył z piw­nicy be­czułkę skwa­śnia­łego wina na ucztę. Po czym wziąw­szy resztę go­towi­zny, umknął chył­kiem z domu by użyć sobie na stare lata. Kiedy wró­cił...

 

 

23 Października 2010

Skasować „o kreskowane”

Dla tych co narzekają na męczarnie ortograficzne projekt radykalny:

SKASOWAĆ „o” kreskowane – wszędzie gdzie dotąd było „o kreskowane” pisać  i WYMAWIAĆ „o”

narod = naród (narodowy)

gwoźdź  = gwóźdź (gwoździe)

osemka = ósemka  (osiem)

moj = mój (moje)

kłotnia = kłótnia

kłopotow = kłopotów  (nieco dziwnie, ale ujdzie)

woda = woda albo... wóda 

(to ostatnie to chyba jedyny kłopot, no ale z wódy można zrezygnować albo pisać ją „wuda”)

Skoro nasi pra-pra-pra-...-dziadowie zaczęli wymawiać „a nosowe” jako „o nosowe”

(czemu? tego już chyba nikt nie dojdzie), to i my damy sobie radę. Odwagi!

 

 

   

20 Marca 2017

Inteligencja mężczyzn a inteligencja kobiet

Wykres czerwony – rozkład inteligencji kobiet

Wykres niebieski – rozkład inteligencji męż­czyzn

 

Średnie wartości oznaczone są kreskami pio­no­wymi.

Jak widać średnia inteligencja mężczyzn (IQ = 100) bardzo nieznacznie przewyższa średnią inteligencję kobiet (IQ=97).

Tak nieznaczna przewaga (3%) wydaje się być bez znaczenia, jednak tak naprawdę przewaga męż­czyzn jako grupy jest miażdżąca!

 

Otóż im wyższe IQ tym więcej dana osoba wnosi do intelektualnego dorobku ludzkości – zatem ci z większym IQ są ważniejsi.

A ci z podprzeciętnym niemal na pewno nic nie wnoszą.

Tak by było również wtedy gdyby gdyby inteligencja kobiet była równa inteligencji mężczyzn, a nawet ciut wyższa – decy­dujące jest bowiem rozproszenie wobec średniej, które u mężczyzn jest jak widać znacznie większe.

        

P.S.

1) Ta kwestia w ogóle nie jest podnoszona w rozważaniach – może przez polit-poprawność, a może jest niedostrzegana.

2) Wynika stąd że rozrzut jakiejś cechy wartościowalnej jest dla populacji korzystny! (czyli – jednak różnorodność)

 

 

VI  2017

Troska rządów o obywateli

W walce z nałogiem papierosowym zakazano ostatnio (zapewne Unia Europejska) umieszczania informacji o zawartości ni­ko­tyny, substancji smolistych itp. Idea jest jasna – jeśli palacz wybierze papierosy mniej szkodliwe, to tym bardziej sobie zaszko­dzi, jako że wszystkie są jednakowo obrzydliwe, nawet gdyby miały zero czegoś tam.

Jest w tym przesłanie do producentów – a pchajcie do nich co wam się żywnie podoba, niech palacze się boją.

Ponadto na każdej paczce musi być obrazek obrzydzający palenie, z podaniem jakiejś choroby przez nie wywoływanej.

Wynotowałem:

zęby, dziąsła, miażdzyca, płodność, płuca, wzrok, zawał, impotencja, jama ustna,

udar, gardło, niepełnosprawność, poronienie.

 Ale to mało. Proponuję: „Palenie jest przyczyną homofobii”  „Palenie powoduje poglądy prawicowe”

I jeszcze coś z tych idiotyzmów:

W Australii Zachodniej dodatkowo zakazane jest dostarczanie e-papierosów bez nikotyny, które przypomi­nają produkty zawierające tytoń.

 

Chodzi o e-papierosy, które podgrzewają tytoń, ale nie wypuszczają żadnego dymu. Są traktowane jako mądra alternatywa dla zwykłych papierosów, ludzie jednak ciągle wdychają rakotwórcze i szkodliwe substancje. Tego typu urządzenia będą podlegać ograniczeniom wiekowym, jak  zwykłe papierosy, oraz zostanie zakazane ich reklamowanie. [Minister Zdrowia Holandii - Paweł Blokhuis]

 

Wiele badań pokazuje, że palący e-papierosy są później bardziej skłonni palić papie­rosy, więc e-papierosy to poważne zagrożenie zdrowotne. [radny Shawn Klein]

 

Ekonometria

luźny wyciąg z dyskusji na pewnym forum

10  III  2018

Pikier

Od czasu do czasu ktoś sobie życzy konsultacji (korepetycji) z ekonometrii. Ze 3 razy udało mi się temu sprostać - nic nie rozu­miałem, ale skutecznie pomogłem zmałpować według studenckich notatek.
Ostatnia moja próba zrozumienia czegoś z ekonometrii to uniwersytecki wykład zaczynający się od:
Model konsumpcji
Przez Y(t) oznaczamy całkowity popyt konsumpcyjny w miesiącu t, a przez X(t) dochody gospodarstw domowych w tym okre­sie. Przyjmujemy, że Y(t) = a0 + a1X(t) + e(t) , gdzie a0 wydatki stałe, a1 część dochodów przeznaczona na konsumpcję, a e(t) składnik losowy. W modelu zakładamy, że a0 i a1 są stałe, a w rzeczywistości są one tylko wolno-zmienne.

No i znowu niczego nie zrozumiałem...
Jaki popyt? skoro gdzie indziej czytam że "popyt = funkcyjna zależność między ceną produktu a jego ilością, którą skłonni są zakupić nabywcy". Gdzie tu cena, ilość, skłonność?
Dlaczego X(t) to łączne dochody gospodarstw? czyli tak jakby było jedno gospodarstwo.
Czemu wydatki (stałe) dodawane są do dochodów?
Co to takiego "wolno-zmienne"? (pierwsze słyszę)
I wreszcie najważniejsze - jakim cudem można coś z tego wywnioskować? coś tu zbadać?

Potem było jeszcze kilka tego rodzaju modeli - nadal nie zrozumiałem co się modeluje, a zwłaszcza po co?

Spodziewałem się że teraz będą proste przykłady wprowadzające, ale nic z tego: od razu nastąpiła wysoce zaawansowana alge­bra liniowa, tak na oko nie mająca związku z tymi modelami.
Uznałem że ekonometria to szarlataneria. A cóż innego mogłem pomyśleć?
Niewykluczone że to jednak nauka, ale by to stwierdzić musiałbym gdzieś znaleźć wykład ekonometrii n o r m a l n y. Kto wie - może istnieje? ale gdzie?

 

MarcinPr

Drogi Pikierze. Jeśli masz zamiar ocenić dziedzinę zwaną "ekonometrią", to polecam poszukać jakiejś książki, a nie skryptu na­pisanego przez kogośtam na jakiejśtam uczelni. Widziałem często różne skrypty i najczęściej skupiają się one na wytłu­maczeniu jak się cośtam liczy nie starając się nawet przybliżyć co się liczy (zresztą na takiej uczelni ekonomicznej może być trudno zro­zumieć modele matematyczne, jak się nie wie zbyt dobrze co to jest zmienna losowa, a tym bardziej proces stochastyczny lub stochastyczne równanie różniczkowe).
Przeraża mnie, że inteligentne osoby są w stanie wyrażać takie opinie o nauce bazując na szczątkowych informacjach.

Pikier

To wykład sygnowany przez Wydział Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego i współfinansowany przez Unię Eu­ropej­ską. I co z tego, skoro nie przybliża bardziej ekonometrii niż notatki z uczelni ekonomicznych (chyba nawet mniej, a imo w ogóle) - tyle tylko że potem bardziej przytłacza zaawansowaną algebrą liniową, nb wyglądającą na sztuczną doczepkę dla popisu.
Jeśli ktoś nie potrafi wyłożyć prosto i jasno istoty sprawy, to znaczy jest niewiele warta.

 

Pikier

Czy jak popyt jest bardziej elastyczny to dobrze czy źle?

Elastyczność popytu to wynaleziony w ekonometrii wskaźnik będący ilorazem następujących wartości bezwzględnych:

[względna zmiana popytu w procentach] przez [względna zmiana ceny w procentach]

czajmar

A to zależy, i to w wielu aspektach, jaką elastyczność popytu mamy na myśli, cenową czy dochodową (albo i mieszaną) i jaka jest skala tej elastyczności oraz z czyjego punktu widzenia patrzymy.
Przykładowo popyt o bardzo dużej elastyczności cenowej może być albo korzystny dla producenta danego dobra albo nie­ko­rzystny przy dużej wrażliwości cenowej, bo jak ceny wzrosną (nawet z przyczyn niezależnych od producenta np. podatki, kurs walutowy czy cena półproduktu) a elastyczność popytu na dane dobro jest wysoka to może okazać się że spadek po­pytu na nie będzie tak duży że może załamać biznes tego producenta/dostawcy.
Tak więc nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, bo wszystko jest względne.

 

Pikier

Czyli pożytek ze zmierzenia elastycznośći popytu jest pod sporym znakiem zapytania.
A może wobec tego skorzystać z "punktowej elastyczności popytu"...
Oto jak się go mierzy (wg wikipedii, w oparciu o jakiś podręcznik):
Aby
wyznaczyć elastyczność punktową należy postąpić w następujący sposób:

1.                               Do wybranego punktu na krzywej wyznaczyć linię styczną (punkt P).

2.                               Zmierzyć odległość między punktem P a osią odciętych i punktem, a osią rzędnych.

3.                               Elastyczność w tym punkcie jest stosunkiem długości między punktem a osią odciętych i punktem, a osią rzędnych.

Oczywiście wszystko zrozumiałem, tyle tylko że... ROTFL

 

czajmar

Wprost przeciwnie, znajomość elastyczności popytowej i dochodowej pozwala firmom a państwu prowadzić świadomie ak­tywną politykę cenową. Przykład zastosowania wiedzy o niskiej elastyczności cenowej usług pocztowych w USA - dochody poczty spadały z uwagi na konkurencję prywatną, rozwój usług elektronicznych, zagrożenia paczek wąglikowych po 9/11 itp. więc w połowie 2002 r. US Postal Service zmuszona była podnieść ceny znaczków np. I klasy z 34 do 37 centów ( a średnio o 7,9%), co w ciągu 3 miesięcy spowodowało wprawdzie spadek ilości wysyłanych listów o 2,7% ale za to wzrost przychodów o 4,3%. Oni zbadali że przy wzro­ście ceny znaczka do 3 centów popyt będzie względnie sztywny.

Pikier

Przyjrzałem się znowu tej "elastyczności popytu" (patrz wikipedia) i stwierdzam że jest to sztuczny dziwaczny wskaźnik - do ni­czego nie potrzebny. Wystarczy nanosić co jakiś czas dane, aby uzyskać dotychczasową orientacyjną zależność sprze­daży (po­pytu) od ceny, a jak dalej będzie ta funkcja przebiegać, to może być rozmaicie (wszystko się zmienia - wiele zmian można prze­widzieć zwykłym zdrowym rozsądkiem).
Dla matematyka wskaźnik ten jest idiotycznym dziwolągiem, a (zacytowany przez mnie wcześniej) sposób wyliczania "punktowej elastyczności popytu" wywołuje paroksyzm śmiechu. Oczywiście każdy wskaźnik coś tam wskazuje, ale po co co coś tak wy­dumanego wprowadzać, skoro wystarczy sporządzić najzwyklejszy wykres funkcji.
Całość przypomina wysiłki Głupiego Jasia, który usilnie stara się wymyśleć coś nowatorskiego w matematyce.
Jednak - "w tej głupocie jest metoda" (a co moim zdaniem chodzi, napiszę później).

A teraz o rzekomym wykorzystaniu wskaźnika "elastyczności popytu" przez pocztę w USA:
Co
robi Prosty Jasio będący prezesem Poczty, kiedy dochody spadają?
Oczywiście myśli o podwyżce cen, bo to najłatwiejsze. Oczywiście niewielkiej, bo...
Znaczki są i tak tanie, więc jasne że w małym stopniu zmniejszy to wysyłanie listów, więc wpływy powinny nieco wzrosnąć.
Ot cała filozofia, do której niepotrzebna jest żadna "elastyczność popytu". Może się jednak zdarzyć że potrzebna jest pod­kładka "naukowa", a ponieważ matematyka zawsze budzi szacunek, nie zaszkodzi wydać kilka tysięcy dolarów dla uczo­nego ekonome­try, który uzasadni to w sposób wielce "naukowy" - bo to co potrafi Prosty Jasio jest zbyt proste, aby wzbu­dziło szacunek.
Podobnie jest z zapałkami. Kupuję je regularnie w niewielkich ilościach, i jeśli cena wzrośnie nawet o 50%, zapewne tego nie za­uważę. Ale jeśli wzrośnie za bardzo, przerzucę się na zapalniczki (może nie tyle z powodu oszczędności, lecz aby uka­rać pro­du­centa za zbytnią pazerność).

 

czajmar

..... mógłbym podać parę ciekawych pomocniczych zastosowań elastyczności w finansach i inwestowaniu, ale to trochę wyższa szkoła jazdy i raczej dla ograniczonego kregu zainteresowanych.

 

Pikier

Po co aż tak głęoko sięgać? Jeśli na początku czegoś nie rozumiem, to dalej tym bardziej.
W opisach unikane są przykłady, a ja mam już problem z wyliczeniem Cenowej Elastyczności Popytu. Niby proste i łatwe, ale pewna "dziwność" wyników nasuwa mi podejrzenie że w ekonometrii inaczej się rozumie najzwyklejsze terminy mate­matyczne.
Zapewne nie będzie Ci trudno machnąć kilka przykładzików wyliczania:
pomiar 1 - cena i popyt
pomiar 2 - cena i popyt
cenowa elastyczność popytu (za ten okres chyba?) = ?
Mam tu już problem chociażby z tym że nic nie mówią o czasowej kolejności pomiarów (który jest wcześniejszy). Zapewne pierwszy jest wcześniej, ale niczego w dzisiejszych czasach nie można być pewnym. A może to nieważne?

 

Pikier

Tę definicję "punktowej elastyczności popytu" (co mnie tak rozśmieszyła) znalazłem dokładnie powtórzoną w innym pliku, ale zilustrowaną rysunkiem. Okazało się że w ekonometrii odległość punktu od prostej wcale nie mierzy się wzdłuż prosto­padłej - w tym przypadku mierzy się ją wzdłuż tej stycznej !! (co wyjaśniło do czego była wogóle potrzebna). Teraz widzę że mogłem się tego domyśleć, ale zgubił mnie nawyk dosłownego odczytywania tego co jest napisane.
W definicji "elastyczności popytu" zadziwia mnie to że wyrażenia dzielone są ujęte w moduły. Oznacza to że dla elastyczno­ści jest obojętne czy popyt rośnie czy maleje - chodzi tylko o jego zmienność wte lub wewte. W fizyce odpowiadałoby to nierozróż­nianiu przyśpieszenia od spowolnienia. Tu jednak nie fizyka - tu chodzi o pieniądze!!! - więc coś takiego jest jesz­cze bardziej zdumiewające.

 

czajmar

No wreszcie trochę zajarzyłeś (lol), ale faktycznie nie wszędzie opisy elastyczności czy podaży są dokładnie opi­sane.........

 

Pikier

Ja "zajarzyłem"?? - a niech piszą normalnie, a nie jak niedbali niedouczeńcy!
Chyba od stworzenia świata odległość punktu od prostej mierzy się najkrótszą drogą.
Jeśli moduł jest zbędny, to po co go wstawiać - właśnie ze "względów wygodnościowych" należy go pominąć.

A zresztą nie wydaje się zbędny, bo wzrost ceny może jednak spowodować wzrost popytu. Np kiedy cena jest zbyt niska, może to skut­kować małym zainteresowa­niem nabywców - "To tak tanie, że nie może być wiele warte; nie kupię" (czego doświadczyłem, kiedy wyzna­czyłem zbyt ni­ską cenę za swoje usługi).

No i w ogóle (o czym wcześniej już wspomniałem) ten cały koncept "elastyczności" jest zbytecznym dziwolągiem, tylko za­ciem­niającym istotę sprawy - wystarczyłaby zwykła funkcja popytu w zależności od ceny.

Wyobraźmy sobie że Newton wyraził Prawo Powszechnego Ciążenia przy pomocy elastyczno­ści. Brzmiałoby to tak:

Elastyczność atrakcji to stosunek %-wego zmniejszenia siły przyciągania do %-wego zwiększenia odległości ciał.
Oczywiste że byłoby to LOL, a nawet ROTFL (a fizycy popukaliby się w czoło).
A teraz wyobraźmy sobie że jakiś nawiedzony fizyk zaczyna popisywać się nowatorskim ujęciem przerabiając w ten sposób wszelkie prawa fi­zyczne - i aby nadać temu pozory sensu nazywa tę swoją fizykę... fizykometrią.

 

A teraz wyjaśnię swoje wcześniejsze "w tej głupocie jest metoda"...
Napisałem już o książce "Modne bzdury" demaskującej nonsensy płodzone przez intelektualistów-humanistów (filozofów, so­cjologów itp), którzy usilnie a bezsensownie używają terminologii, metafor a nawet twierdzeń z nauk ścisłych do podbu­dowa­nia, nadania głębi, a nawet uzasadnień itp wywodom ze swojej dziedziny.

Dlaczego? bo matematyka budzi szacunek.

"FASHIONABLE NONSENSE: Postmodern Intellectual's Abuse of Science" Alan Sokal + Jean Bricmont, 1998
Alan Sokal po 3-miesięcznym wysiłku ułożył nonsensowny artykuł oparty na autentycznych bzdurnych wypowiedziach intelektualistów, który to artykuł w dobrej wierze opublikowało prestiżowe amerykańskie pismo "Social Text". Tytuł artykułu to "Transgresja granic: ku transformatyw­nej hermeneutyce kwantowej" - a ogólnie rzecz biorąc ilustruje próby stosowania wyników, a raczej samego języka, ma­tematyki i fizyki do nauk humanistycznych - obficie upstrzony autentycznymi cytatami. Parodia ta wywołała sporą wrzawę.

Humanistów dość łatwo w tym przypadku zdemaskować, ale ekonometrów znacznie trudniej, bo ich dziedzina to właściwie od­gałęzienie matematyki. Sądzę że po to właśnie powstała ekonometria - aby bogatą szatą matematyczną i dziwacznymi niejasnymi konstrukcjami zdobyć pozór rzetelnej i przydatnej wiedzy - i umożliwić ekonometrom karierę naukową. Wska­zują na to już pierwsze próby jej zgłębienia i sądzę że po dłuższym przysiedzeniu fałdów potrafiłbym napisać książkę pt "Modne bzdury w ekonometrii".
A że o tym cicho i chyba tylko ja tak twierdzę... no cóż, zacytuję powiedzenie krążące w środowiskach naukowców:
"Nigdy nie można przesadzić w pochlebianiu kolegom" albo trywialniej "ręka rękę myje" - dziś ja ci pochlebię, a ty mnie ju­tro (NB zjawisko to już dawno temu zostało odzwierciedlone w literaturze)

 

Gerwazy?

IV  2018

W XII Księdze "Pana Tadeusza" Gerwazy mówi tak:

Prawda, że się wywodzim wszyscy od Adama,
Alem słyszał, że chłopi pochodzą od Chama,
Żydowie od Jafeta, my szlachta od Sema,
A więc panujem jako starsi nad obiema.

 

Otóż z dawien dawna (już w XIII wieku, w Kronice Wincentego Kadłubka) panowało wśród polskiej szlachty bajanie że stan chłopski wywodzi się od Chama, szlachecki od Jafeta, a Żydzi są potomkami Sema. Było to powszechnie znane i często powta­rzane. Jakim więc cudem Gerwazy mógł to tak przekręcić?

Jest przecież w „Panu Tadeuszu” postacią najzupełniej poważną, zatem musiało się coś pokręcić Mickiewiczowi. Ale żeby popełnić aż taką pomyłkę, musiał być podczas pisania kompletnie zamroczony nadmiarem wypitego wina. Bardzo dziwne jest to że nie zostało to później poprawione, a jeszcze dziwniejsze że zdaje się nikt dotąd nie zwrócił na to uwagi (!?).

Drobną zabawną pomyłkę w „Panu Tadeuszu” wyłowił Julian Tuwim w „Cicer cum caule”–

otóż gdzieś tam w środku „Pana Tadeusza”  jest linijka pozbawiona bliżniaczej zrymowanej.

 

Głupota gremiów

VI  2018

Gremium to ogół członków jakiejś grupy (zespołu, komisji, parlamentu) mającej zadanie do wspólnego wykonania. Trzeba przyznać że nader nader często wyniki działania gremiów uznajemy za niezadowalające – za nieprzemyślane, nieuzasadnione, a nawet za ewidentnie głupie. Czemu tak się dzieje? – przecież rzekomo „Co dwie głowy to nie jedna”, a cóż dopiero kiedy głów jest 10...

W 1895 Gustaw Le Bon opublikował słynną książkę pt „Psychologia tłumu”:

Tłumy pod względem psychologicznym są tworem anormalnym, ponieważ rządzą nimi popędy i cechują je zachowania irracjonalne, ze skłonnością do ulegania sugesti. Intelekt grupy nie jest sumą intelektów tworzących ją osób. Wręcz przeciwnie: człowiek w grupie traci zdolnność postrzegania, słyszenia, rozumienia, samodzielnego myślenia.

Jest to poniekąd zrozumiałe – kiedy znajdziemy się w podnieconym tłumie 100 osób, niełatwo nam zachować trzeźwość umysłu, niełatwo nie podążać za sforą.

Le Bon podał wiele przykładów irracjonalnych działań tłumu, stwierdził jednak przy tym coś znacznie mocniejszego:

„Nie ma potrzeby, żeby tłum był liczny. (...) Jak tylko kilka osób zbierze się razem, już tworzy tłum, nawet w przypadku kiedy są wybitnymi uczonymi. (...) Zdolność obserwacji i krytyki, którą posiada każdy z tych uczonych z osobna, natychmiast ginie w tłumie”

Dlatego właśnie wstawiłem w tytule „gremia”, bo Le Bonowi nie chodziło tylko o tłum w rozumieniu potocznym – twierdził że „tłumizm” zdarza się nawet w gronie kilku osób – i to nawet kiedy mają intencje jak najuczciwsze.

Jeśli miał rację, to sprawa jest beznadziejna – na nic najlepszy zarząd, komisja, konferencja, walny zjazd delegatów – nic to nie pomoże, nadal będzie głupio.

Postawmy więc pytanie: Czy aby na pewno Le  Bon miał rację?

Mechanizm tego zjawiska (jeśli istnieje) jest dość zagadkowy. Le Bon wniósł w jego wyjaśnienie niewiele – tłumaczył je podatnością na sugestie (zarazą umysłową) i przesadną uczuciowością. Dobrze byłoby więc postawić drugie pytanie:

Jak to działa? jakie szczególowe mechanizmy to wywołują? 

 

Jak się odgryzać

VII  2018

Poznanej przy barze kobiecie powiedział że jest wdowcem i zaprosił ją do siebie. W środku nocy przyznał się do kłamstwa - żona wyjechała. Usłyszał:
- Ja też skłamałam. Należy się 300 złotych.

Książę D. bardzo długo ubiegał się o względy margrabiny M. aż w końcu dopuściła go do siebie na noc. Rano, aby upokorzyć ją za tak długą zwłokę, położył na stoliku 30 liwrów. Margrabina przeliczyła i zwróciła mu 20 ze słowami:
- Oto reszta. Nie widzę powodu, by brać od pana więcej niż od innych.

 

Anegdoty ze sfer szkolnych

VII  2018

Znam człowieka mądrego, ale kto to jest ujawnić nie mogę. Dlaczego? Bo publiczne chwalenie kogoś za mądrość jest obrazą – podobnie jak chwalenie za uczciwość.

Przytoczę tylko 3 anegdotki z okresu kiedy był nauczycielem matematyki w podstawówce:

Ale Ty masz...

Koleżanka-nauczycielka studiowała zaocznie matematykę i poprosiła go kiedyś o obliczenie iluśtam pochodnych. Kiedy zobaczyła jak biegle to robi, wykrzyknęła z podziwem: - Ale ty masz pamięć!

Ale te dzieci...

Zdarzało się że nauczycielki nie mogły wyjść z zadziwienia, że dzieci potrafią być aż tak głupie. Aliści nadeszło polecenie aby uczyć dzieci liczenia w systemach niedziesiątkowych – i wówczas pewnego razu zastał te nauczycielki nad tym się właśnie biedzące.

 Rozmowa z dyrektorem

- Prawda że A, panie dyrektorze ?

- Oczywiście!

- Jeśli A to B, nieprawdaż?

- Ależ ma się rozumiec!

- Jeśli B to C ?

- Ależ naturalnie

- Jeśli C to D ?

- Skądże! Nie, nie.

 

 

Ana­bis

 

 

do Bry­dża

do Czy­taj!

 

literatura, wypisy, urywki, fragmenty, ciekawostki, rozmaitości

16 Wrze­ś­nia 2010

redaktor@czytaj.net

© Czytaj !